dzien 5 – 2010

By | 1 maja 2010

Wraz z zerwaniem się ekipy o niehumanitarnej godzinie 6:00 rozpoczyna się
pierwszy dzień lotny zawodów. Wspólne śniadanie, którego forma i menu nie
zmienią się tutaj chyba nigdy i zapakowane zeszłego wieczoru samochody naszej
ekipy wyruszają na oddalone o kilkanaście mil lotnisko. Po drodze mamy czas na
obserwację pogody i przypuszczenia dotyczące warunków pogodowych na miejscu.
Dziś będziemy tam pierwszy raz. Teren będzie dla pilota całkowicie nowy, a
nieznana termika mająca znaczący wpływ na zachowanie modelu, jest jednocześnie
zwiastunem ciekawych lotów i silniejszej rywalizacji ale także rodzi obawę o
losy naszych samolotów. ok. 7:30 przy drodze dojazdowej do lotniska otwiera się
szlaban i po krótkiej jeździe dojeżdżamy do miejsca gdzie rozegrają się
wszystkie wydarzenia. Pod namiotem przeznaczonym do obsługi samolotów
wynajdujemy 2 wolne stanowiska i po chwili instalujemy na nich wszystkie
potrzebne sprzęty. Uwijające się wokół nas, jak pszczoły w ulu, inne ekipy z
niezwykłym przejęciem i wypiekami na twarzy m.in. dokręcają ostatnie śrubki,
montują styropianowe skrzydła na trytytki (!?) do kadłubów i naciągają folie na
niedokończonych powierzchniach. Nieważny wygląd i estetyka, ważne żeby wyrobić
się na godz. 8:00, godzinę 0.

Kilka minut po wyznaczonej godzinie pierwszej kolejki lotów na punkt startowy
trafiają pierwsze Micro-Wynalazki. Spośród wszystkich 10 zakwalifikowanych
modeli żaden zbytnio nie wyróżnia się żadnymi innowacyjnymi elementami
konstrukcji. Wszystkie wyglądają dość przewidywalnie, jednak jak się po chwili
okazuje nie do końca jest to prawda. Dwa pierwsze modele, wyglądają jakby ktoś
posklejał je w dwa wolne weekendy. Jednak mimo niezbyt lotnego wyglądu, całkiem
zgrabnie wzbijają się ponad beton i wykonują spokojne, poprawne loty. Przychodzi
w końcu czas na lot naszego modelu Micro, który w luku bagażowym ma załadowane
1000 gramów. Pierwsza próba startu kończy się zatoczeniem cyrkla na pasie. Po
ponownym ustawieniu na pasie udaje się rozpędzić maszynę, która odrywa się od
ziemi, jednak pokonawszy w powietrzu kilka sekund opada twardo na powierzchnię
pasa. Lot niestety nieudany, kilka uszkodzeń w okolicach podwozia. Oprócz modelu
naszego wykonania podobny los dzieli także kilka innych ekip, których
podstawowym zajęciem na pasie jest korygowanie zbaczającego z toru samolotu.

8:45. Przychodzi czas na najlepsze widowiska – loty klasy Regular. To co misie
lubią najbardziej to oczywiście (oprócz efektownych akrobacji i ambitnie
zrobionych modeli) spektakularne spotkania III stopnia z ziemią, czyli popularne
gleby. Nie ma tutaj co prawda aż tak dużych emocji jak w kategorii Advanced
(nowa nazwa klasy Open), ale tłum oglądających zaopatrzonych w liczne kamery i
aparaty mówi sam za siebie.

Pierwsze loty są bardzo spokojne, ze względu na praktycznie zerowe podmuchy.
Mimo to, nie obchodzi się bez crashów. Jedna z ekip pod dowództwem
kontrowersyjnego Króla Lwa ustawia swój obły model na pasie. Niestety
awangardowa stylistyka to nie wszystko i z powodu słabych właściwości lotnych
model zalicza efektowne spotkanie z betonem.

Następuje szybkie zgarnięcie czerwonych zwłok z pasa i do bitwy przystępują
kolejne modele, w tym także ekipa rzeszowian. Ich srebrno-złoty latający dywan
połyskuje w pojawiającym się właśnie między chmurami słońcu. Jedno trzeba tym
chłopakom oddać – poszli ze swoim projektem na całość. I zgodnie z dewizą
niemieckich inżynierów firmy Porsche: w trosce o frajdę – nie uznają żadnych
kompromisów. O rzeszowskim wehikule spokojnie można powiedzieć, że lata tak
samo efektownie jak wygląda. Odrywa się przy bardzo niewielkiej prędkości, widać
że jest trudny w sterowaniu, ale na pewno ma ogromny potencjał. Gorąco
kibicujemy chłopakom, niestety fakt przekroczenia czerwonej linii bezpieczeństwa
przekreśla ich pierwsze podejście. Lot bez obciążenia nie zaliczony.

Złą passę naszych rodaków kontynuuje zespół studentów z Warszawy. Ich ciekawy,
dobrze zapowiadający się dwupłat podziela niestety los swoich poprzedników.
Kierując się w stronę publiczności przekracza linię bezpieczeństwa, budząc istny
popłoch wśród cofającej się widowni. Uniesiona ręka sędziego z czerwoną flagą
jest jedynie formalnym potwierdzeniem faktu, że lot nie zostanie zaliczony.

Kilka efektownych crashów innych ekip później, na pasie startowym ustawiają
się nasze krwiste winggridy, dumnie i prowokacyjnie wieńczące nasz samolot.
Wszystkie spojrzenia zgromadzonych na trawie kierują się w stronę naszej
konstrukcji. Z głośnika słyszymy zapowiedź i krótki komentarz M.C. o naszych
wspaniałych i unikalnych winggridach. Teraz trzeba wszystkim udowodnić, że
poznańska ekipa potrafi nie tylko dobrze się zaprezentować i stylowo wyglądać,
ale także odzyskać dobre imię polskich zespołów. Samolot na 3/4 gazu powoli
rozpędza się na równym betonie, żeby dosłownie po kilku metrach rozbiegu zerwać
się do lotu. Tak jakby chciał jak najszybciej znaleźć się już w powietrzu u
zapomnieć o ciasnej i dusznej skrzyni w której tłoczył się od kilku dni. Pewnie
wspina się w górę i mimo kilku groźnych podmuchów wiatru zgrabnie utrzymuje swój
kierunek lotu. Pilotujący go Maciej zawracając go w celu podejścia do lądowania,
zauważa, że samolot jest za wysoko aby teraz przyziemić. Decyduje by odejść na
drugi krąg. Podchodzi nieco dalej i mocniej wymuszając już utratę wysokości,
pewnie sprowadza samolot na środek pasa. Dreszczyk emocji wśród załogi
spowodowało kilka podskoków, które groziły wyjechaniem modelu na trawę. Maciej
jednak bez problemu tłumi bounce’ującą maszynę i prowadzi ją środkiem pasa.

Podczas prac nad nowymi kółkami do modelu Micro dociera do nas informacja, że
samolot klasy Advanced zespołu z Warszawy po dość spokojnym i pewnym przelocie,
nagle stracił sterowność i rozbił się w krzakach. Jak dotąd nie wiedzie się
kolegom ze stolicy. Uszkodzenia ich maszyny nie są nienaprawialne – kilka tubek
kleju cyjanoakrylowego i powinno być ok. Pocieszamy kumpli i wracamy do swoich
zabawek.

Kwadrans przed 11:00 do drugiego podejścia podchodzi model Micro
biało-niebieskiej ekipy z Poznania. Na pokładzie 700 gram. Bartek mówi, że
podnosząc taki ciężar i zaliczając pełne okrążenie uwieńczone lądowaniem z
zieloną flagą, mamy spore szanse na uplasowanie się wśród pierwszej trójki.
Przed nami w powietrze wystartował model, który nagle zaklaskał skrzydłami – oba
złożyły się do góry i opuściły kadłub, który po chwili zetknął się z betonem
niczym rakieta powietrze-ziemia. Biorąc pod uwagę niepowodzenie podczas naszego
poprzedniego startu mamy pewne obawy przed tym lotem. Samolot zostaje ustawiony
na starcie. Maciej ()ten młodszy) daje pełen gaz i po kilkunastu metrach model
wyrywa się w górę. Od samego początku bardzo kolebie się na boki. Ciężko
stwierdzić jakie odczucia ma teraz pilot, ale z boku lot wygląda na bardzo
nerwowy. Czas na lekki oddech przychodzi dopiero w momencie, gdy samolot wzbija
się już na pożądaną wysokość. Starania o utrzymanie modelu w locie nie zostaną
wynagrodzone. Zauważamy powiewającą na dość konkretnym już wiaterku czerwoną
flagę sędziego, oznaczającą że lot nie zostanie zaliczony – Maciej po starcie
naruszył modelem strefę bezpieczeństwa, zbytnio zbliżył się do publiczności.
Pilot zostaje poinformowany o tym fakcie przez asystenta. Za wszelką cenę
próbuje bezpiecznie posadzić samolot na twardej nawierzchni pasa. Z trudem
zbliża się na odpowiednio małą wysokość i przykleja mały CyanoPlane do betonu.
Lot nie zaliczony, ale samolot zaliczył przynajmniej sprawdzian swoich
właściwości lotnych. Są wyraźne przesłanki by sądzić, że przy dobrym wietrze i w
sprzyjającym momencie, model Micro będzie miał okazję zawalczyć o swoje miejsce
w konkursie.

O wpół do 12 model klasy regular ustawia się do tankowania i staje w kolejce do
2 lotu – pierwszego lotu z obciążeniem. Za naszymi plecami w rządku nasza
krajowa konkurencja, czyli Rzeszów i Warszawa. Warto by im teraz pokazać kto tu
rządzi – nadać tempo i zyskać przewagę. W tym podejściu dźwigamy od razu ciężar
8,9kg. Jest to analogiczna masa do tej jaką dał radę wznieść nasz aeroplan z
edycji East 2009. Model po dosyć długim rozbiegu, anemicznie odkleja się od pasa
i dostaje nagle w skrzydła strzał bocznego wiatru. Szybka kontra pilota w prawo
i znowu poprawnym torem, model szerokim łukiem pokonuje pierwszy zakręt. Widać,
że pilot stara się prowadzić samolot spokojnie, bez przechyłów – zatacza ogromny
krąg nad okolicą. Z daleka widać jak maska naszego modelu powoli, płynnie obniża
swoje loty. Kilka nerwowych korekt blisko ziemi i gdy tylko samolot pojawia się
nad betonem, Maciej sadza maszynę na naszych superwymyślnych kółkach od rolek.
Po locie okazuje się, że jeden z odciągów skrzydeł się wyczepił – to dlatego
jedno skrzydło było w locie jakby bardziej giętkie. Pilot mówi że zauważył to
już podczas lotu i dlatego zadbał o to by nie przeciążać maszyny zbyt
gwałtownymi manewrami.

Nagroda za najlepsze show podczas lotu powędrować powinna do następnej ekipy,
startującej bezpośrednio za nami, czyli rzeszowian. Ochrzczony już przez nas na
dobre Latającym Dywanem samolot wierzga w powietrzu na wszystkie możliwe
strony. Pilot musi nieźle się napocić. Po kilku minutach zmagań w powietrzu
udowadnia, że ma stalowe nerwy. Za chwilę będzie musiał zmierzyć się z
lądowaniem. Skoro przetrwał już tyle, na pewno nie sprzeda swojej skóry zbyt
tanio. W odległości kilkunastu metrów od początku się pasa i na wysokości ok. 8m
nad ziemią, model ze skręconym gazem praktycznie zawisa w powietrzu, kiwając się
tylko raz po raz na boki, targany podmuchami złośliwego wiatru. Pilot w końcu
zmusza samolot do uległości i po paru chwilach ostatnich walk z lotkami
stanowczo i dobitnie przykleja model do pasa. To było pionowe lądowanie –
samolot praktycznie nie poruszał się do przodu, wisiał tylko na wietrze. Gromkie
brawa wśród publiczności – w naszym mniemaniu jak najbardziej zasłużone, pilot
pokazał swój warsztat.

Warszawiacy nie mogą wyjść z dołka. Ich model klasy Regular, zwany
pieszczotliwie Kiwi, nie ma najwidoczniej ochoty na szybowanie nad teksańskim
jeziorem. Posłuszeństwa odmawia silnik, po kilku nieudanych próbach rozruchu na
pasie. Z kwaśnymi minami i spuszczonymi głowami schodzą na trawę.

Wszystkie ekipy są oryginalne i charakterystyczne. Jedna wybija się w
szczególności spośród innych, dzięki militarnym uniformom. To ekipa żołnierzy
AirForce, wychowanków szkoły wojskowej Westpoint. Wraz ze swoją konstrukcją, na
równi z innymi ekipami, próbują swoich sił w dźwiganiu żelastwa.

O 13:00 przychodzi znowu kolej na zmagania klas Micro. Modeli coraz mniej, ale w
stawce nadal poznańska maszyna broni się zaciekle. Zalicza kolejny lot, tym
razem udany. Przy lądowaniu okazane pilotowi oklaski są najlepszą nagrodą za
jego powietrzne zmagania.

Ogólny bilans zawodów jest bardzo korzystny. Mija połowa czasu, przeznaczonego
na loty w dniu dzisiejszym a wszystkie nasze konstrukcje nie dość, że w stanie
praktycznie nienaruszonym, to jeszcze z wywalczonymi wg naszych wstępnych
kalkulacji dobrymi pozycjami.

Zainteresowanie konkursem nie maleje. Jedni widzowie obserwują zawody na
stojąco, inni siedząc w swoich autach z włączonymi air condition’erami. Nawet
przejeżdżający opasającą lotnisko drogą peleton rowerzystów, wyraźnie odwraca
głowę, aby dostrzec co to za ustrojstwa latają im nad głowami.

Wszyscy, niezależnie od formy, z nieukrywanym entuzjazmem przeżywają konkursowe
emocje. Pilot przelatującego nad nami transportowego C130 pozdrawia nas kiwając
skrzydłami.

Przed 13:00 w kolejce do pasa startowego ustawia się długi rząd kandydatów z
klasy Regular. Oczekujący na swoją kolej muszą wyczekać co najmniej pół godziny,
co biorąc pod uwagę żar lejący się w tej chwili z nieba, nie jest do końca
komfortową sytuacją. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Na szczęście krem z
filtrem i przygotowane przez organizatorów wody mineralne pływające w wannie
pełnej lodu pozwalają przeżyć ciężkie momenty. Nie ustaje ciągła obserwacja
zmagań konkurencji. Nadszedł już czas, gdy wysilone silniki wyją już bardziej, a
same samoloty zachowują się jakby były już wycieńczone. Niektóre ledwo mogą się
wznieść, inne, początkowo bardziej zrywne i ambitne, kończą swój słomiany zapał
wśród zarośli. Teraz bardzo wiele zależy już od umiejętności i wytrzymałości
psychicznej pilotów. Udowadnia to dzierżący aparaturę wykupiony pilot jednej z
ekip, który rozpaczliwie próbuje podciągnąć znacznie przeciążony model. Wiatr
niestety mu nie sprzyja. Samolot kieruje się nieuchronnie ku trawie. Na
wysokości 2m nad ziemią udaje mu się jakimś cudem złapać trochę wiatru w
skrzydła i z pomocą chyba jakiś tajemniczych zaklęć odlecieć maszyną na
bezpieczną wysokość. Wielkie owacje widowni spadają na odpowiedzialnego za lot,
gdy maszyna po dłuższej chwili ociężale ląduje na miejscu, z którego wyruszyła.

Dochodzi 15:00 i słyszymy głos jednego z arbitrów, zezwalający nam na
przepalenie silnika. Wszystko jak zwykle o.k., czekamy na lądowanie poprzednika
i wyznaczona część drużyny biegnie spełniać dobrze już znane obowiązki startowe.
Śmigło tnie już powietrze, co oznacza że załadowane 10,9kg będzie próbowało za
chwilę zmierzyć się z grawitacją. Ku zaskoczeniu wszystkich, udaje się to bez
większego trudu, szczególnie, że w momencie oderwania samolotu, wskaźnik wiatru
ledwo co się poruszał. Maszyna bardzo spokojnie i dostojnie płynie w kierunku,
jaki wyznacza Maciej. Żadnych nieprzyjemnych podmuchów, żadnych stresujących
sytuacji. Nic już nie mogłoby przyćmić radości poznańskiej drużyny, gdyby nie
piekielna czerwona chorągiew, która wyrosła na końcu pasa. Pech chciał, że impet
z jakim Cyanoplan wyjechał z pasa na trawę, był tak duży, że osłabił elementy
podwozia. Jedno z kółek odpadło. Zgodnie z regulaminem oznacza to niestety
niezaliczenie lotu. Przy zanoszeniu modelu do Pit-Stopu, sędzia liniowy wyhacza
Wojtka i mówi, że lot byłby niezaliczony także dlatego, że przednie kółko nie
stykało się z pasem w momencie przekraczania linii kontrolnej. Gdyby przelot ten
odbył się zgodnie z przepisami, mielibyśmy duże szanse na 2 miejsce.

Na godzinę przed końcem lotów, kończy się naprawa uszkodzeń w modelu Regular.
Straty nie są poważne, ale istotne dla pomyślności kolejnych startów. Naprawy
trzeba wykonać szybko i z głową. Tymczasem niezniszczalne jak do tej pory
rodzime Micro nr 321 staje w szranki do kolejnego pojedynku o cenne punkty. Rzut
oka na rzucającego cień kolosa klasy Advanced z warszawskiej stajni, ryczącego
groźnie w powietrzu. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że konstruktorzy
obładowali go dość zdrowo. Wychylenia drążków pilota można określić jako
minimalne. Chwilę potem mija nas uradowana zawodniczka z ekipy ze stolicy, co
zwiastuje pomyślne lądowanie ich czerwonego kolosa.

Chmury na dobre opanowują niebo. Pojawia się dość silny boczny wiatr. Poznańskie
Micro rozpędza się na pasie. Udany zryw żywi nadzieje na wykonanie pełnego
kółka, jednak następne chwile weryfikują wszystko. Boczny wiatr dosłownie wyrywa
z rąk samolot Maćkowi. Udaje mu się co prawda wyjść z zakrętu, ale nagłej
utracie wysokości nie jest już w stanie zapobiec. Obawa przed przeciągnięciem
maszyny wygrywa, co niestety kończy się dość przykrym spotkaniem z rosnącym przy
lotnisku drzewkiem. Model składa skrzydło po sobie po złamaniu dźwigara, ale
nadal jest co zbierać i jest co naprawiać. Czas leci nieubłaganie, a nasz
model jeszcze w alei serwisowej. Maciej łata podartą folię, Bartek prostuje
wsporniki podwozia, a Marcin krząta się przy stołach, w celu zaopatrzenia
wszystkich serwisantów w potrzebne instrumenta.

Patrzymy na zegarek, duża wskazówka depcze po piętach małej, co informuje, że
mamy już 16:30 lokalnego czasu. Kolejka do ostatniej rozgrywki zaczyna się
wydłużać, gdy podczepia się pod nią zrehabilitowany Regular w Poznańskim
wydaniu. Niestety od tego momentu pogoda przestaje rozpieszczać zgromadzonych
lotników. Porywisty boczny wiatr wzmaga się wyraźnie z minuty na minutę. Nie ma
już chyba szans na bezwietrzne chwile, które można by spożytkować na spokojny
start ze sporą zaliczką na pomyślny powrót na ziemię. Mija godzina 17:00 i linia
oczekujących zaczyna przypominać skazańców czekających na nieuchronny wyrok.
Praktycznie co druga maszyna odważnych ekip, decydujących się stawić czoła matce
naturze, nie kończy lotu tak jak wyśnili to sobie ich konstruktorzy. Silny wiatr
spycha wręcz samoloty po starcie i pokonaniu pierwszego łuku nad taflę
pobliskiego jeziora. Pojawiające się na powierzchni białe grzywy piany nie wróżą
pomyślnych warunków do udanych lotów. Przekonuje się o tym niestety również
reprezentacja Politechniki Warszawskiej. Ich bohaterska i heroiczna postawa nie
przynosi zakładanego spektakularnego zwycięstwa. Po ostatnich próbach wyrwania
maszyny z rąk rozgniewanego wiatru, model głucho uderza o taflę wody, pędząc na
spotkanie z dnem. Jak się później dowiadujemy tracą przy tej kraksie całe
obciążenie, silnik i elektronikę. Wyłowione zostały tylko 2 płaty i ogon z
usterzeniem. Warszawa ma co prawda zapasowy model, jednak zatopione właśnie
ciężarki miały posłużyć im zarówno do obciążenia modelu klasy Regular jak i
Advanced.

O 18:30. Docieramy do miejsca w kolejce, gdzie musimy zadecydować o dalszych
losach samolotu. Do wyboru mamy wycofanie się z ostatniej próby albo postawienie
wszystkiego na jedną kartę i lot modelem w niesprzyjających i zdradliwych
warunkach, licząc na łut szczęścia. Po ekipie przechodzą zachowawcze głosy
w tej sprawie, argumentowane dość jeszcze znacznymi szansami w jutrzejszym dniu.
Zapada decyzja o rezygnacji z udziału w dzisiejszym dniu. Jutro od rana
dorzucimy do pieca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *