dzien 1 – 2010

By | 27 kwietnia 2010

O tym jak ważny
jest odpowiedni oddech czasowy, przekonała się dziś podczas wyjazdu z Poznania
część ekipy, której auto w najmniej spodziewanym momencie złapało za jednym
razem dwa kapcie przy współudziale lokalnych Poznańskich dróg… Szybka zmiana
samochodu, rychła przerzutka bagaży i z nieco większym poziomem adrenaliny niż
reszta grupy, obraliśmy kierunek na lotnisko Tegel w Berlinie.

Krótko po godz.
5:00 załoga scala się na berlińskim AirPorcie i rozpoczyna dobrze już znane
procedury odprawy. Marcin w (mało) ochoczej asyście Adama odprowadza pakunek
zawierający Roll-Up i… niebagatelne kilkanaście kg ołowiu do punktu przyjęć
bagażów niesortowalnych. Tak samo szybko jak paka wjeżdża w X-RAYa, równie
prędko z niego się cofa, odprowadzana szeroko rozwartymi oczami pracownika
kontroli. Tak samo jak historia lubi się powtarzać, ołów lubi wzbudzać
zainteresowanie pracowników lotniska. Kilka zdawkowych wyjaśnień wystarcza, by
usłyszeć magiczne „ok., all right!” i na chwilę zapomnieć o problematycznym
towarzyszu.

Po nierównym
przydziale Boarding Pass’ów trafiamy w sektor, w którym jedyne co możemy
(jeszcze) ukryć to własne myśli. Bagaże w częściach pierwszych przejeżdzają
przez rentgena, a pracownik kontroli z ciekawym przyrządem w ręku zaprasza do
przekroczenia „bramki prawdy”. Kilku członkom zespołu wtóruje przy tym piskliwy
dźwięk alarmu, spowodowany bynajmniej zapędami dywersyjnymi, tylko… kilkoma
drobnymi monetami w tylnej kieszeni. Dwa kwadranse później na pokładzie naszego
„Benka” 737 witają nas uśmiechnięte twarze sympatycznych Stewardes. Ich
entuzjazmu nie podzielają jednak wszyscy pasażerowie, co dobitnie pokazują
poniższe zdjęcia.

Po przylocie do
Amsterdamu przychodzi czas na mały chillout. Właściwie nie taki znowu mały, bo
6-godzinny. Po załatwieniu wszystkich papierków, pozwalających nam wejść na
pokład molocha, który przefrunie z nami Atlantyk, ekipa rozdziela się w
poszukiwaniu atrakcji wypełniających czas do wylotu. Ta bardziej wygłodniała
część obiera kierunek w stronę dobrze znanego symbolu McDonald’s. Inni, głodni
dostępu do WiFi, zasysają na kompy nowe maile. Przy okazji kontrolujemy status
naszej skrzyni – niestety siedzi sobie jeszcze w Europie.

W tym roku 8
godziny lot do krainy Wuja Sama przyszło nam spędzać w nieco lepszych warunkach
niż poprzednio. Wszystkie fotele zmodernizowanego Airbusa 320 wyposażono w
multimedialny system rozrywki, pozwalający nie tylko oglądać filmy i słuchać
muzyki, ale także odbierać maile i na bieżąco podpatrywać parametry lotu i
położenie samolotu na mapie świata.

W Detroit po
opuszczeniu naszej dotychczasowej maszyny, musimy przemieścić się na drugi
koniec AirPortu – do terminalu odlotów. Zważając na dość spore gabaryty lotniska
i fakt że od 50 godzin jesteśmy na nogach, łatwo zgadnąć, że ta misja wcale nie
przychodzi to nam łatwo. Podczas oczekiwania przy taśmociągu na bagaże, nasze
torby podręczne wzbudzają niemałe zainteresowanie wesołego Beagle’a ciągnącego
na smyczy swojego Pana (funkcjonariusza kontroli celnej), którego przywiódł do
nas zapach… kanapek z szynką. Podczas wnikliwej kontroli bagaży Adama i Macieja
okazuje się, że kanapka z szynką to kolejny punkt na liście rzeczy, których nie
wolno wwozić do ojczyzny Fordów i hamburgerów.

Godzinę później
zapakowani do małego samolotu jak sardynki w puszce, ustawiamy się przy pasie
startowym na 4. pozycji do wylotu. Mimo, iż lotnisko do megaolbrzymich nie
należy, to tłok i pośpiech na pasie startowym jest tak duży, że startujemy
dosłownie kilkanaście sekund przed poprzednikiem. Po chwili kapitan podrywa
maszynę, wykonuje kilka korekt i stromo w górę zaczynamy nabierać wysokości, co
szczęściarzom posadowionym przy oknach pozwala napawać się widokiem
amerykańskiego uporządkowanego krajobrazu. Kilka sekund po starcie daje się
odczuć delikatne turbulencje – najpewniej spowodowane przez zawirowania
pozostawione przez poprzedni samolot. Na półmetku lotu, widzimy za oknami, że
zaczyna zachodzić słońce, odgrywając tym samym niesamowity spektakl, kolorując
chmury w brunatno-karmelowe odcienie.

O 23:15 czasu
lokalnego w Dallas, samolot schodzi na taką wysokość, że wszyscy uświadamiamy
sobie ogrom tej teksańskiej aglomeracji. Roziskrzone światła miasta przemykają
pod nami już od pół godziny przed lądowaniem na pasie w Fort Worth. Dla nas jest
to już stacja docelowa, mamy nadzieję, że dla naszych bagaży też…

Bagaże w komplecie,
my też. Na resztkach sił udajemy się autobusem do wypożyczalni samochodów, aby
zapewnić sobie mobilność na czas całego pobytu. Poziom energii jaką tryskamy
można zmierzyć spoglądając na poniższe zdjęcia.

W wypożyczalni część ekipy zajmuje się wyborem
samochodów i formalnościami. Pomimo faktu, że za ladą stoją 3 osoby, samochód
oczywiście należy wypożyczyć samoobsługowo, przy pomocy elektronicznego
stanowiska z ekranem dotykowym, który stoi obok. Przejeżdżamy kartą kredytową
przez terminal, wpisujemy numery prawa jazdy, klikamy wybrane samochody i już
możemy iść po auta. Teraz pozostaje nam ufać w uczciwość wypożyczalni National i
mieć nadzieję, że z kont znikną nam odpowiednie sumy.

Reszta ekipy korzystając z chwili wytchnienia
zajmuje się naginaniem prawa dotyczącego powszechnego ciążenia:

Wybieramy dwie fury – większą i mniejszą. Ta
większa to nowy Chrysler Grand Voyager – typowy amerykański mamuśkowóz. Drugi
samochód to Ford Escape – niewielki SUV.

Po kilku chwilach jazdy stwierdzamy, że samochody
są podejrzanie mało zużyte. Szybki rzut oka na liczniki i tabliczki znamionowe i
już wiemy o co chodzi. Duży ma przejechane niewiele ponad 9600mil

Mały natomiast ma na liczniku dokładnie 4 mile.
Wyprodukowany tydzień, no może 2 tygodnie temu – w kwietniu.

Krótko przed
godziną 1:00 zajeżdżamy pod nasz ekonomiczny motel. Wojtek idzie dopełnić
formalności. Na końcowe pytanie o to, czy dostaniemy rano jakieś śniadanie,
jedyną odpowiedź jaką uzyskujemy jest.. drwiący śmiech Juanity – naszej
recepcjonistki. Internet? – możemy o nim zapomnieć. Provider zerwał umowę z
motelem. Serwis maszyn z coca-colą i chipsami też chyba odmówił współpracy –
żadna machina w hallu motelu nie chce podzielić się z nami jedzeniem ani piciem.

Jutro trzeba będzie pomyśleć o zmianie miejsca
zamieszkania.

To był bardzo długi i męczący dzień. Ciasne pokoje
i za małe łóżka w Motel 6 nie ułatwią nam wypoczynku. Mimo wszystko spróbujemy
– idziemy spać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *