dzien 4 – 2010

By | 30 kwietnia 2010

Nadchodzi 1 dzień zawodów. Budzik ustawiony na
godzinę 8:00 oznajmia w obu pokojach konieczność mobilizacji. Szybka poranna
toaleta i po chwili na torsach całej załogi widnieją odświętne białe koszulki z
logo naszego miasta. Podczas śniadania, w hallu zjawia się na chwilę zaspany
Wojtek, który znalazł trochę czasu na spałaszowanie gofra. Nie spał dzisiaj zbyt
długo, aby poświęcić ostatnie godziny na nadanie końcowych szlifów swojej
prezentacji .

Krótko po 9:00 podłoga w
pokoju nr 121 zamienia się w profesjonalnie wyposażony warsztat. Model regulara
trafia na stół jak pacjent na szpitalny stół operacyjny. Kilka krótkich spojrzeń
dwóch głównych chirurgów, aby za chwilę zobaczyć na dziobie świeżo pomalowaną
maskę, a na kadłubie przygotowane stalowe odciągi do skrzydeł. Jeszcze tylko
kosmetyka, kilka wprawnych ruchów żelazkiem po folii, przetarcie szmatką resztek
kurzu i maszyna gotowa wylądować przed obliczem sędziów. Za oknem motelowego
pokoju widać jeszcze Wojtka, ze szczoteczką do zębów wbitą w usta. Krąży na
parkingu ze wzrokiem wbitym w ziemię i szepta coś do siebie z angielskim
akcentem. Prawdopodobnie rozprawia sobie jeszcze o wyższości wingridów nad
wingletami. Kto wie, jak bardzo wymagające będzie Jury w tym roku – a przecież
jakąś nowinką techniczną zaskoczyć ich wypada.

Punkt 10:00.
Odgłos zamykania klapy bagażnika od srebrnego Dogde’a świadczy o tym, że
wszystkie potrzebne sprzęty są już zapakowane. Nerwowe spojrzenia załogi i
raptem krótki ale konkretny komentarz Marcina: „Mi się wydaje się, że wszystko
mamy”.

Wyruszamy.

Dobijamy do hotelu Radisson. Podróż nie zajęła nam zbytnio dużo czasu.
Musieliśmy jedynie przedostać się na drugą stronę autostrady – jakiś kilometr od
naszego motelu. Ledwo minęliśmy portiera, a już natykamy się na Rzeszowian,
ślęczących nad formularzami zgłoszeniowymi. Wymiana uścisków dłoni i sami
zabieramy się za papierkową robotę. No, może nie wszyscy:

W czasie gdy Wojtek załatwia formalności, reszta załogi targa samolot wraz z
całym ustrojstwem do sali, konferencyjnej w której będzie mieć miejsce kontrola
techniczna. Kontrole trwają już od rana. Zasada jest taka, że do stołu przy
których stoją sędziowie podchodzi się gdy jest się gotowym, nie ma żadnej z góry
narzuconej kolejności. Na jednym z pierwszych stołów jednej z załóg USA już leżą
dobrze nam znane naklejki ze skunksami, oznaczające akceptację techniczną
arbitrów. Skunks na naklejce ma symbolicznie nawiązywać do Sunk Works – oddziału
zaawansowanych programów rozwojowych koncernu Lockheed Martin. Jakaś ekipa
kończy już przeprawę z kontrolą techniczną – ostatni rzut oka sędziego na raport
techniczny z wymiarami i takowa naklejka trafia na kadłub prześwietlonej przed
chwilą załogi. Chcielibyśmy być już na ich miejscu…

Klęczący na miękkiej wykładzinie sali Bartek, ledwo co zdążył odwinąć czerwone
Wingridy z folii, a już czujemy na swoich plecach, rzucane ukradkiem ciekawskie
spojrzenia. W sumie nic dziwnego, mały przegląd po innych modelach widocznych w
pomieszczeniu, pozwala śmiało stwierdzić, że na razie prezentujemy się dość
ambitnie. Otaczamy maszynę zwartą grupą, w celu ochrony skrajnych części przed
uszkodzeniami, które mogą spowodować gapie. Co chwilę słyszymy za plecami głosy
przechodniów, którzy proszą o odsłonięcie modelu, aby mogli ująć na zdjęciu
model w pełnej krasie i pytają, czy pozwolimy im wykonać kilka szpiegowskich
fotek naszego projektu. Inni zagadują i kiwając głową z uznaniem rzucają Very
nice. Really very nice. Wystarczy, że tylko na chwilę opuszczamy salę, aby
pobrać czapeczki, koszulki i kupony na późniejsze wyżerki, a wracając już
widzimy oblegany stół naszej drużyny. That’s one cool design guys! – kieruje w
naszą stronę długobrody przechodzień, którego z samego wyglądu określić można
jako wyjadacza preferującego bardziej klasyczne i konserwatywne rozwiązania.

Dochodzą do nas informację, że musimy zaktualizować nasz raport techniczny
wypełniając mały formularz z wypunktowanymi zmianami i ulepszeniami. Chodzi
naturalnie o ledwo widoczne odciągi skrzydeł oraz filigranowe kółeczka
zamocowane do płyt brzegowych. Są to w mniemaniu naszych konstruktorów pierdoły,
które na tle wszystkich zastosowanych rozwiązań można by było pominąć, ale
przepisy to przepisy. Niefrasobliwym by było, gdybyśmy zostali zdyskwalifikowani
z lotów z powodu takiego zaniedbania.

Dochodzi godzina 12:00. Wrzawa gorących dyskusji i konsultacji miesza się
odgłosem flashów aparatów fotograficznych. Musi być bardzo ciekawie i
oryginalnie, skoro po aparaty sięgają nawet sędziowie oraz organizatorzy. Wojtek
zapomina na chwilę o czekającej go prezentacji podczas wyjaśniania jednemu z
zainteresowanych istoty zastosowania naszych fikuśnych końcówek skrzydeł. Na
wypadek gdyby ktoś chciał się przyczepić w kwestiach formalnych, zamieszczamy
dowód potwierdzający, że ta relacja powstaje na żywo.

Na chwilę przed rozpoczęciem naszej inspekcji technicznej na sali pojawia się
ekipa warszawian. Sądząc po ubiorze, można by uznać, że dopuściliśmy się jakichś
działań dywersyjnym i odwiedzili nas smutni Panowie z CIA. Wszyscy faceci ubrani
w czarne gangi i poważne oblicza, spokojnych krokiem podchodzą do naszego
stanowiska. Nie mieli zbytniego problemu z identyfikacją naszego zespołu.
Wielkie napisy Poznań na naszych plecach, samolotach i rollbarze są jak widać
bardzo skuteczne.

5 minut po południu CyanoPlane sunie na naszych rękach na miejsce inspekcji. Po
uzbrojeniu się w nasz raport i różne magiczne przyrządy miernicze z szesnastymi
częściami cala zamiast milimetrów, sędziowie odziani w charakterystyczne krwiste
T-shirty osaczają naszą konstrukcję. Po wstępnym sprawdzeniu wymiarów, jeden z
członków zagląda pod skrzydła i wskazuje palcem na niezabezpieczone snapy od
serwomechanizmów. Nie mija 5 minut, jak Maciej zaopatrzony w termokurcze,
nożyczki i zapalniczkę zażegnuje wynikły problem. W trakcie Wojtek uświadamia
sobie, że na spodzie skrzydła brakuje naklejki z numerem startowym. Konsultuje
się z arbitrem, który przymyka na to oko, podpowiadając żeby uczynić to do czasu
jutrzejszego startu. Oka nie przymyka jednak inny członek jury, który znalazł
nieścisłość w wysokości numerków na sterze kierunku. Okazuje się, że numery
startowe są o 14 mm za niskie. Arbiter sam przyznaje, że jest nader upierdliwy,
a błąd wyjątkowo banalny, jednak każe nam zaopatrzyć się w większe numery. Mu
jednak postanawiamy zwalczyć ten banalny problem równie banalnym sposobem.
Docinamy z białej folii samoprzylepnej kilka pasków i przedłużamy nóżki cyferek
w liczbie 47. Teraz mają już wymagane 4 cale. Jeszcze kilka poprawek, takich jak
przypiłowanie kołpaka i poprawienie połączeń serw i po sprawdzeniu środka
ciężkości samolotu, Maciej wraz z sędzią głównym przystępują do inspekcji
działania wszystkich układów. Wszystko spisuje się na medal i jury ma wolna
drogę do naliczenia punktów.

Inspekcja techniczna zakończona i na salę wchodzi Wojtek przebrany w garnitur,
co oznacza, że za kilka minut rozpocznie się prezentacja modelu. Samolot
przeciska się przez ciasne drzwi niewielkiego pomieszczenia prezentacyjnego i
spoczywa na centralnym stole. Marcin kucając przy laptopie wciska klawisz F5.
Wojtek wychodzi przed oblicze czteroosobowego Jury. Prezentacja przebiega
spokojnie i na luzie – w klasycznym amerykańskim stylu Wojtka. Bez problemu
łapie kontakt z słuchaczami a początkowy stres zamienia teraz na rozluźnienie
przeplatając swój monolog kilkoma anegdotami. Na minutę przed końcem czasu jeden
z członków jury podnosi kartkę z wypisanym pozostałym do końca czasem, by zmusić
referującego do zwiększenia tempa. W końcowej fazie od strony Jury pojawiają się
pytania nt. obliczeń oraz prośba o wyjaśnienie kilku zagwozdek technicznych.
Prezentujący radzi sobie z tym bez problemu, żywiołowo przy tym gestykulując.
Ukontentowani kwestią merytoryczną sędziowie dziękują za wystąpienie i życzą
całej naszej ekipie powodzenia w części lotnej. Na sam koniec przekazują nam
jeszcze kondolencje związane z niedawnymi tragicznymi dla naszego kraju
wydarzeniami.

Wracamy na nasze pierwotne miejsce aby móc dokończyć niezbędne poprawki w
Regularze i przygotować się do prezentacji modelu Micro.

Korzystając z małego rozgardiaszu, 3 członków załogi ulatnia się po angielsku z
motelu Radisson. Pcha ich motyw napełnienia swoich brzuchów, ponieważ
organizator w dniu dzisiejszym dał ciała na całej linii, jeśli chodzi o
zapewnienie wszystkim przybyłym jakiegokolwiek papu. Zważywszy na wysokość
wpisowego, którego wysokość przypadająca na jedną ekipę starczyłaby na opłacenie
wystawnej kolacji All Inclusive dla 2 osób w Hotelu Hilton, można uznać tą
sytuację co najmniej za żenującą. Jak się wkrótce okazuje sam brak lunchu jest
najmniejszym problemem dla uciekinierów. Nie pomyśleli oni bowiem, że wyszli z
motelu, do którego jak sama nazwa mówi przyjeżdża i odjeżdża tylko mobilnie,
znaczy samochodem. Przejechali się na tym ostro, ponieważ chodnika dla pieszych
przed motelem szukać próżno. Ale cóż to za problem, kilka większych susów przez
trawnik, pośród walających się po drodze śmieci i już stoimy przed przejściem.

Widać co prawda światła i wymalowane pasy, ale
sądząc po stanie wychodzenia trawnika i zalegającym piasku na betonie można bez
trudu stwierdzić, że ludzka stopa kroczy tędy niezwykle rzadko. Po iście
ekwilibrystycznych skokach przez skrzyżowanie docieramy w końcu do przybytku o
enigmatycznej nazwie Waffel House. Gdyby nie mały plakat na którym widnieje
symbol hamburgera, nie dałoby rady stwierdzić, że oferują jakiekolwiek jedzenie.
Wchodzimy do środka i czujemy się jak w jakimś amerykańskim filmie. Sceneria
bowiem jest nam doskonale znana, tyle tylko że nie z życia codziennego, co ze
szklanego ekranu. Przemiła kelnerka w średnim już wieku niezwykle skora do
pomocy, na nasze pytanie o najlepszy wybór wśród potraw wskazuje wszystkie dania
na karcie… Mając tak ułatwiony wybór (sic!) bierzemy to, co w sumie najlepiej
wygląda na zdjęciu. Kelnerka przyjmuje zamówienie a my zasiadamy i bacznie
badamy iście amerykański styl przybytku. Początkowo jesteśmy dość niepewni
smakowitości naszych zamówień, biorąc pod uwagę, że oprócz nas cała knajpa
zionie pustką, ale kilka chwil później pojawia się kelnerka z naszym żarełkiem i
Maciej wbijając zęby w wypełnioną bekonem kanapkę, stwierdza z radosnym
uśmiechem: Alew fo chołełstfo tłufte

Zbliża się godz. 15:30. Część załogi gotowa do prezentacji modelu Micro drepta
nerwowo pod drzwiami sali. Za chwilę rozpoczyna się przedstawienie Zaczyna
się od małego wyścigu z czasem Maciej z Bartkiem muszą w trzy minuty zamienić
stos części upchniętym w pudełku o przepisowych wymiarach w gotowy do lotu
samolot. Po 2 minutach i 59 sekundach walki ze składaniem przychodzi kolej na
Wojtka – znów wkracza do akcji i rozpoczyna prezentowanie zalet Mikrusa.

Po prezentacji zmierzamy z powrotem do sali konferencyjnej by przygotować model
Micro do inspekcji. Okazuje się, że uszkodzeniu uległa blaszka podłączeniowa
przy pakiecie zasilającym. Niestety element jest tak małych gabarytów, że próba
polutowania złącza spełza na niczym. Nie pozostaje nic innego jak wycieczka do
najbliższego sklepu modelarskiego po stosowny zamiennik. Zadanie spada na barki
Radka jako nadwornego szofera zespołu i odpowiedzialnego za kwestie
praktyczno-techniczno-rozrywkowe Marcina aka Wujasa. Po drodze fotografują
niespotykany w Europie proces przewożenia budynku po autostradzie.

Z powodu wielu pytań o nasz samolot postanawiamy na sam koniec dnia postanawiamy
przynieść go z powrotem z samochodu i wystawić na jakiś czas na widok wszystkich
zgromadzonych. Po raz kolejny przyciąga tłumy ciekawych i nieco zdziwionych
naszymi rozwiązaniami ludzi. Pytaniom nie ma końca.

Podczas ich nieobecności, ok. godz. 17:00 na sali zabiera głos szef wszystkich
szefów miejscowego oddziału SAE i rozpoczyna prezentację
informacyjno-organizacyjną na temat odbywających się w 2 kolejnych dniach
zawodów. Jak co roku duży nacisk kładzie na bezpieczeństwo i do znudzenia
przypomina, aby bezwzględnie stosować się do zasad obowiązujących na lotnisku.
Aby wzmocnić ton swojej wypowiedzi, odwołuje się do śmiertelnego wypadku który
miał miejsce 3 lata temu na imprezie modelarskiej w Europie. Jest to
jednocześnie moment na refleksję, że zawody to z jednej strony pasjonujące
przeżycie i świetna zabawa, ale nie można bagatelizować tego że maszyny latające
często z bardzo dużym obciążeniem stanowią poważne zagrożenie dla wszystkich
obiektów znajdujących się w ich całkiem sporym zasięgu. Na koniec spotkania w
celu zwiększenia motywacji i współzawodnictwa pośród ekip, odbywa się losowanie,
w którym zdobyć można symulator lotów na PC-ta lub najnowszej generacji lub
jeden z nadajników FUTABA 7C. Niestety szczęście tutaj omija polskie ekipy i
nagrody zgarniają bliżej nieznane jednostki. Organizatorzy informują nas, że
dokończą losowanie pozostałych upominków w niedzielę. Zdradzają, że jest to
ciekawy zabieg, który stosują po to, by wszyscy zostali do samego końca imprezy
by można było wykonać wielkie grupowe zdjęcie i nakręcić kilka scen.

Na koniec strzelamy jeszcze kilka pamiątkowych fotek i zawijamy się do naszego motelu,
przygotowywać sprzęt i siebie samych na jutrzejszy dzień – jutro loty.

Tak jak wczoraj i dziś wrzuciliśmy kilka zdjęć do
naszego

albumu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *