dzien 6 – 2010

By | 2 maja 2010

Drugi dzień zawodów rozpoczął się dla nas o 5:00 rano. Środek nocy, słyszymy
rozlegającą się znaną już melodię budzika. Wszyscy z trudem zwlekają się z
łóżek. Śniadanie przebiega w ciszy i skupieniu. Jedyne konwersacje prowadzone
przy słodkich gofrach z syropem klonowym, dotyczą kierunku wiatru i temperatury
na lotnisku. Taktykę na dzisiaj, wstępnie wyrachowaną przez Wojtka
potwierdzą dopiero dane o gęstości wysokościowej, które otrzymamy od
organizatorów. Po wczorajszych zmaganiach zajmujemy na razie ósme miejsce. Próg
do uzyskania premii za przewidziany ładunek ustalony został na 11,4kg. Gdyby
udało nam się podnieść te 11,4 kg, wylądowalibyśmy na 5 może 4 miejscu, ponieważ
straciliśmy przedwczoraj kilka punktów za to, że wprowadziliśmy zmiany
konstrukcyjne już po wysłaniu raportu. By zaatakować podium, trzeba rzucić
samolot na głęboką wodę. Oby tylko ta przenośnia nie stała się zbyt dosłownie
zbyt dosłownie zrozumianą przepowiednią – pobliskie jezioro już wczoraj pokazało
pazur. Widniejący na samym szczycie rankingu studenci z Quebec w Montrealu,
ustawili poprzeczkę bardzo wysoko. Szczątkowe dane jakie mamy nie pozwalają nam
stwierdzić, czy jest to zasługa uzyskania punktów za dokładne trafienie z payload
prediction
czy też znakomitej kondycji ich samolotu.

6:50. Docieramy dobrze już znaną polną dróżką do pola namiotowego imprezy. Na
horyzoncie ponad taflą jeziora i drzewami na jego brzegu wyłaniają się już
pierwsze promienie słońca. Po chwili zostają stłumione przez ciemną połać chmur
ściągającą nad równinę. Opustoszałe stoły w ciągu paru chwil zapełniają się
niezliczonymi skrzynkami ze sprzętem modelarskim. Wyjęta z plecaka ogromna flaga
zostaje rozpostarta pomiędzy słupkami podpierającymi namiot. Przypomina
wszystkim dookoła, że mimo dziwnego akcentu wcale nie jesteśmy Rosjanami. Pusty
parking ulokowany na świeżo skoszonej trawie, wypełnia się teraz coraz szybciej
wysoko zawieszonymi truckami i vanami.

7:15. Dochodzący ze wszystkich stron gwar uczestników rozbudził w końcu
wszystkich i wskrzesił specyficzną atmosferę konkursu. Z głośników rozlega się
jęk mikrofonu i charakterystyczne tembr głosu konferansjera zawodów, oznajmia
rozpoczęcie kolejnego dnia lotnego.
Czas przygotować model do ostatecznych zmagań. Co chwilę pojawiają się u nas
koledzy z warszawskiego teamu, prosząc o wiertła – muszą powiercić dziury w
kawałkach blachy, które udało im się wczoraj skądś wytrzasnąć – zastąpią im
obciążenie, które wczoraj utopili w jeziorze. Chętnie udzielamy niezbędnej
pomocy. Solidarność jaką odczuwamy z bratnimi ekipami, jest o wiele silniejsza
od chęci zagorzałego współzawodnictwa.

Dochodzi 7:30, piloci udają się na poranny briefing. Podana zostaje także
wartość gęstości – której jak się okazuje Wojtek nie zakładał w swoim arkuszu
kalkulacyjnym. Kilka poprawek w kolumnach i palec Wojtka wskazuje na zakurzonym
monitorze 28,5 funta co w przeliczeniu na rozsądne jednostki odpowiada 13
kilogramom. Od tej chwili zapominamy o masach rzędu 11-12kg. Przyparci do muru,
przygotowujemy ołowiane sztabki. Potwierdzona zostaje informacja, że dziś odbędą
się tylko 2 rundy. Wszystkie reprezentacje czują, że to już finał. Do
przestrzeni ładunkowej CyanoPlane’u trafia ponad 13 kg ołowiany klocek.
Pozostaje jedynie czekać i dywagować, czy wspomniana liczba zapewni nam drogę do
wysokich lokat, czy raczej rozgrzeje publiczność widowiskowym stylem kamikadze.

Punkt 8:00. Jako pierwszy samolot na starcie ustawia się nasz MiniCyanoplane.
Dźwignia gazu do góry, opory toczenia pokonane. Nie udało się jednak pokonać
małego kamyczka, który spowodował podskok samolotu i skutecznie zmienił kierunek
startu. Marcin szybko ustawia model na pozycji wyjściowej, razem z Maciejem
zamiatają butami asfalt przed modelem, by usunąć groźne zanieczyszczenia. Tym
razem mała cegiełka szybuje już w powietrzu. Ze względu na sporą już masę lot
odbywa się nisko nad ziemią jest bardzo nerwowy i niepewny. Na szczęście dobry
wiatr wiejący w osi pasa utrzymał konstrukcję w powietrzu aż do poprawnego
przyziemienia. Zielona flaga arbitra może oznaczać podium w tej klasie.
Kolejne modele w tej kategorii nie mogą się pochwalić już takim pozytywnym
obrotem sprawy. Jeden z samolotów pewnie odkleja się od pasa i nabiera
wysokości, ale nie wiadomo dlaczego równie szybko rozpłaszcza się z powodu
upadku na wilgotną jeszcze darń. Inny, chyba nadmiernie dociążony, wykonuje
jedynie rozpaczliwe ruchy sterem wysokości. W tej kolejce już nie poszybuje. Za
plecami sędziów, blisko płotu bezpieczeństwa kotłują się już drużyny chcące jak
najszybciej wykorzystać dobre warunki do startu modelami Regular.

Dochodzi 9:00, nadal jest chłodno a gęsta warstwa chmur w dalszym ciągu broni
słońcu dostępu do miejsca zawodów. Startujące co chwilę samoloty, jak Airbusy z
londyńskiego lotniska, nieprzerwanie siłują się z prawami fizyki. Ociężale i
topornie próbują nabrać choć tyle wysokości, aby móc tylko bez przeszkód
przelecieć nad zaroślami. Tym którym się to udaje, zostaje problem pędu jaki
nabrała maszyna podczas lotu. Obciążone samoloty muszą lecieć szybciej, by
utrzymać się w powietrzu. Każdy z pilotów stara się wycelować podwoziem możliwie
jak najbliżej początku pasa. Ciągle trzeba mieć na uwadze towarzyszący ciężar,
który przy bardzo dużej szybkości lądowania wyhamować jest naprawdę trudno.
Jeśli nie uda się dobrze trafić w pas trzeba podchodzić na kolejny krąg, a to
wiąże się ze sporym ryzykiem – każda kolejna sekunda w powietrzu to zagrożenie
dla samolotu.

Kwadrans po 9 sędzia chwyta po naszą kartkę lotów i wskazuje ręką miejsce, w
którym możemy rozgrzać silnik przed startem. Czekamy na powrót na ziemię
poprzedniego konkurenta. Po jego lądowaniu chłopaki niosą z trudem ciężki
Poznański samolot na początek pasa. Rusza. Dynamicznie udaje mu się rozpędzić i
w połowie długości pasa odrywa delikatnie kółka od twardego podłoża. Wchodzi na
bezpieczną i przelatuje nisko nad zaroślami zataczając łagodny krąg.
Kontrolowana utrata wysokości i bezbłędne podejście do lądowania. Nieukrywaną
radość ekipy przyćmiewa jednak decyzja sędziego liniowego, który wskazuje na
przekroczenie linii lądowania. Okazuje się, że samolot pokonał końcową linię z
jednym uniesionym kółkiem. Kiepska passa nam nie odpuszcza. Pozostaje nam dziś
jeszcze tylko jeden lot, jednak nie zamierzamy odpuścić. Nie zmniejszymy przed
nim obciążenia mimo, że na pewno zrobi się cieplej. W ciepłym powietrzu ciężej
się lata – jest rzadsze i ciężej uzyskać w nim pożądaną siłę nośną. Na dodatek w
wysokich temperaturach silnik osiąga mniejszą moc.

Kilka chwil później reprezentacja z Warszawy zalicza poprawny lot swoim świeżo
wskrzeszonym Kiwi, zakończony jednak przekroczeniem linii bezpieczeństwa. Tego
samego życzymy kolegom z Rzeszowa, niestety rzeczywistość okazuje się być
bardziej brutalna. Odważna konstrukcja z doczepionym 13kg obciążnikiem co prawda
wzlatuje na wysokość ok. 1,5 metra ale po chwili traci nośność spadając na
skrzydło. Słychać trzask łamanych gałęzi i balsowych listewek. Wracający z ekipą
ratunkową model odbierają jego wykonawcy. Po krótkiej ocenie zniszczeń obiecują
naprawę modelu i start w następnej rundzie. Wspomagamy ich materiałami
niezbędnymi do odbudowania samolotu.

10:00. Konkurencja modeli gigantów dostarcza publiczności dużej rozrywki już od
startu pierwszego modelu. Sprawdzona konstrukcja o profesjonalnym wyglądzie
przynosi jednak załodze z Sao Paolo zastrzyk adrenaliny. Kolos dość sprawnie
nabiera wysokości, ale sprawia pilotowi duże trudności w powietrzu.
Nieoczekiwane podmuchy bocznego wiatru przy wlocie nad wodę, wyginają samolot na
boki zmuszając sterującego do gwałtownych korekt.

O 10:30 na czele kolejki czekają na swoje drugie podejście modele Micro. I tym
razem pierwszy do startu ustawia się MiniCyanoplan młodszego Macieja.
Oczyszczenie pierwszych metrów pasa z kamyków i pilot mocniej chwyta za radio.
Samolot opuszcza pas, ale natrafia na gwałtowne ruchy powietrza, próbujące
strącić model z powietrza. Spokojnymi ruchami pilot wyprowadza maszynę z
opresji. Udaje się zakończyć kółko i rozpocząć podejście nad pas. Duża prędkość
i spora wysokość sprawia, że model podskakuje podczas lądowania. Lot nie zostaje
uznany. To byłą ostatnia runda. Micro właśnie zakończyło udział w tym konkursie.

Punkt 11:00. Ostatnia kolejka lotów. Teraz wyjaśni się wszystko. Model
załadowany tym samym obciążeniem, co w
poprzednim locie. Będziemy starać się go powtórzyć unikając uprzednio
popełnionych błędów . Niestety odbędzie się on w znacznie
gorszych niż przedtem warunkach. Słońce zadomowiło się już na dobre na niebie.
Tak jak wczoraj, powoli zaczyna robić się upalnie. Nerwowo kątem oka zerkamy na
wskaźnik kierunku wiatru. Odchyla się nieznacznie w poprzek pasa. W chwili
startu jednak czuć na skórze silny podmuch wiatru prosto pod skrzydła. Udaje się
to wykorzystać i samolot wzbija się powolutku w powietrze. Lot przebiega
analogicznie do poprzedniego. Silnik cały czas wyje na pełnym gazie, mimo to
samolot ciągle jest na granicy przeciągnięcia. Precyzyjne i opanowane ruchy pilota, gwarantują
utrzymanie równowagi. Za chwilę decydujące sekundy – lądowanie. Wszystkim nogi trzęsą się z
przejęcia i podniecenia. W końcu podwozie styka się stanowczo z betonem, kilka metrów
za początkiem pasa. Maciej stara się stłumić podskoki modelu. Dociska go do
ziemi sterem wysokości i wychyla w górę przerywacze. Po kilku sekundach Cyanoplan
całkiem już spokojnie, ale ciągle z impetem przejeżdża przyklejony do pasa
przez końcową linię kontrolną. Nie może być inaczej – lot uznany. Entuzjazmu i
radości całej załogi nie da się stłumić. Tego nam brakowało. Odkuliśmy się i to
w samym finale. O podium nie ma już co marzyć, ale kilkoma pierwszymi pozycji za
pudłem nie pogardzimy. Można naturalnie przypuszczać, że samolot uniósłby
jeszcze te kilkaset gramów więcej, jednak ryzyko szybkiej utraty wysokości na
zakręcie byłoby bardzo prawdopodobne. Po locie Maciej przyznaje, że podczas
przelotu nad jeziorem i w trakcie ostatniego zakrętu ledwo stał na miękkich,
roztrzęsionych nogach. To było zadanie wymagające ogromnego skupienia i
opanowania od pilota, który prawdę mówiąc, ze względu na przechodzoną właśnie
anginę, czuje się raczej nieciekawie.

Wpół do 12. Kolej na studentów ze stolicy. Mimo kilku
krytycznych sytuacji, lot kończy się sukcesem. Opadają nieco emocje i dają o
sobie przypomnieć puste żołądki. Zgarnąwszy w kartonowe pudło 8 przydziałowych
porcji pseudohot-dogów z barowej przyczepy, zasiadamy ze spokojnym sumieniem na trybunie. Mamy stąd podgląd na całą
kolejkę następnych załóg, czekających na swoje ostatnie podejście. Kątem oka
zauważamy połatane złote poszycie efektownego aeroplanu rzeszowian.
Przy pomocy jednego z warszawiaków udało im się sklecić rozpłatany model i są gotowi do ostatecznej próby. Sam
start nie sprawia sterującemu zbytnich problemów, gorzej z samym utrzymaniem
dziwadła w powietrzu. Pilot stara się za wszelką cenę podciągnąć znajdujący się
kilka metrów nad wodą model. Z wielkim trudem mu się to udaje, ale
po chwili przegrywa jednak pojedynek z grawitacją. Samolot kończy lot twardo w
zaroślach.

Do godz. 13:30 swoich sił próbują jeszcze pozostałe niedobitki. Większość
startów nie kończy się już pomyślnym lądowaniem na pasie. Z minuty na minutę z
trawy lotniska znikają kolejne modele. Wraz z przyziemieniem ostatniego modelu
loty kończą się i miejsce na pasie startowym opanowują wszystkie ekipy, tworząc
długi, kolorowy korowód. Po uciszeniu entuzjazmu uczestników, wszyscy zastygają
na chwilę w bezruchu. Amerykański fotograf wykonuje serie zdjęć w celu
uwiecznienia wszystkich na ogromnej panoramie. Na końcu przejeżdża jeszcze przed
wszystkimi ekipami z kamerą, wykonując pamiątkowy film. Ustawieni wspólnie z
teamami z Warszawy i Rzeszowa, dumnie prezentujemy nasze modele i przy
powiewającej polskiej fladze robimy serię zdjęć upamiętniających wspólny start
polskich drużyn w tym konkursie. W międzyczasie dostajemy od wielu osób (między
innymi od organizatorów i jurorów) gratulacje za odważny projekt, wyjątkowo
starannie wykonany samolot, dobry pilotaż i … za wyjątkowo stylowy,
profesjonalny wygląd. Koszulki, samolot i rollbar przyozdobione logo Poznania i
nasze kowbojskie kapelusze robią spore wrażenie.

Około 14:30 przychodzi czas na losowanie nagród w loterii oraz ogłoszenie
wyników i rozdanie trofeów. Pakujemy ostatnie paczki do samochodów i biegniemy
po wyniki. W połowie drogi słyszymy z głośników team number fourty-seven – nasz numer startowy. Wbiegamy na
miejsce losowania od razu kierując się do wręczającego nagrody. Wygraliśmy aparaturę Futabę 7C. Po pamiątkowym zdjęciu dołączamy do innych konkursowiczów rozłożonych
na trawie. Nawet nie zdążamy się rozsiąść gdy wywołany zostaje numer 321 – numer startowy
naszego modelu Micro. Kolejny raz biegiem lecimy do stołu z
nagrodami. Tym razem w nasze ręce trafia najnowszej generacji komputerowy symulator lotów
RealFlight G5. Nagrodę odbieramy przy akompaniamencie buczenia, oznaczającego
niezadowolenie pozostałych ekip. Nic dziwnego – to, że wygraliśmy w loterii po
kolei dwie najatrakcyjniejsze nagrody wygląda co najmniej podejrzanie i nie
fair, ale takie były wyniki losowanie. Po wydaniu
wszystkich upominków prowadzący chwyta ze stołu arkusze z wynikami. Pierwszy
dyplom przyznaje studentom z Politechniki Warszawskiej za najefektowniejszą
kraksę. Trzeba przyznać, że ich wodowaniu towarzyszył prawdziwie efektowny
plusk. Ekipa ze stolicy zgarnia także kilka innych trofeów. Najważniejszym
sukcesem dla nich jest zajęcie 1. miejsca w klasyfikacji ogólnej w klasie Advanced. Przychodzi
czas na rozliczenie ustnych prezentacji. W kategorii Micro zostaje nam przyznane
3 miejsce. W ogólnej klasyfikacji ostatecznie udaje nam się zająć 6 miejsce z
modelem Regular i bardzo dobrą 4 pozycję w klasie Micro. Wszystkie wyniki
dostępne na

oficjalnej stronie organizatora
. Gdy na stole z nagrodami i wyróżnieniami pozostaje już tylko zielony obrus,
przedstawiciel SAE oficjalnie kończy zawody, życząc udanego powrotu do domu.
Ekipy powoli rozchodzą się i rozjeżdżają do swoich hoteli. Usatysfakcjonowani z
osiągnięć i nagród wracamy do hotelu, aby świętować dobre wyniki.

16:00. Zawody zakończone ale przed nami jeszcze cały wieczór, który zamierzamy
wykorzystać na zwiedzanie Fort Worth i Dallas. Wraz z Jackiem odwiedzamy znów
Fort Worth Stockyard, gdzie wciągamy na obiad miejscowy przysmak – teksańskie
żeberka z grilla. Po obfitej uczcie szukamy jakichś atrakcji. Wszystkie sklepy z
souvenirami są już zamknięte. Nasz wzrok przykuwa symulator rodeo z groźnym
elektrycznym bykiem. Wskoczyć na niego decyduje się Marcin, Wojtek i Maciek.
Wszystkim z nich byk bez problemu daje radę, a Maćka nawet porządnie obtłukuje
po plechach.
Kończymy pobyt w starej części Fort Worth i wyruszamy zobaczyć największą na
świecie zamkniętą halę sportową. Stadion futbolowy na 100 000 kibiców na
przedmieściach Dallas. Obiekt jest tak duży, że nawet rozległa panorama nie jest
w stanie objąć wszystkiego. Niestety gorące negocjacje z ochroną nie zmieniają
faktu, że stadion dla zwiedzających jest już dziś zamknięty i nie udaje nam się
wejść do środka.

Korzystając z ostatnich promieni zachodzącego słońca jedziemy zwiedzić downtown
w Dallas. W samym środku centrum, pośród wysokich biurowców i połaci betonowych
ulic i chodników, znajduje się zielona enklawa. Na małym skwerze pokrytym
zielenią i drzewkami rozgrywa się scena pędzenia bydła przez kowbojów.
Oczywiście nie w rzeczywistości. O historycznym rytuale przypominają brązowe
odlewy trzody bydła i trzymających je w ryzach kowbojów.

Kolejnym punktem wycieczki jest miejsce zamachu z 1963 r. na prezydenta USA J.F.
Kennedy’ego. Na ulicy w prawdopodobnym miejscu, gdzie kule dosięgły głowę
państwa zaznaczono farbą biały krzyż. Kontynuując rajd po ulicach centrum,
docieramy jeszcze do pierwszego domu w Dallas i betonowej konstrukcji, będącej
pomnikiem wydarzeń z roku 1963.

Dochodzi 22:00. Postanawiamy znaleźć miejsce, gdzie można by wspólnie usiąść i
wypić dobra kawę. Jacek zabiera nas do pobliskiej kafejki – La Madelleine.
Klimatyczna francuska knajpka zaskakuje nas jednak nie tylko dobrą kawą, ale
także prawdziwym, dobrym chlebem i pysznym dżemem – takimi jak w Polsce. Kolację
mamy już za sobą. Padamy powoli z nóg, także czas już wracać do motelu. Po
drodze jeszcze przejazd po imponującym 6 poziomowym skrzyżowaniu, z którego
rozpościera się widok na migotające nocą downtown. Moc powoli opuszcza ekipę.
Wszyscy zasypiają w samochodach. Na posterunku zostają jedynie kierowcy – Radek
i Jacek, który po drodze próbuje dogadać się z na wpół śpiącym na prawym
przednim fotelu Maciejem.

Zasypiamy w hotelu z poczuciem, że to był dla nas na prawdę dobry dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *